poniedziałek, 10 września 2012

Nie mam, męża. Jestem przegrana...

"Mam 30 lat i jestem sama".
"Mam prawie 40 lat i nie mam męża ani dzieci"
"Jestem jak but nie do pary. W dodatku lewy..."
Myślisz tak o sobie? Znasz kogoś, kto tak myśli? A może tylko o tym czytałaś?
Zaskoczona? Pewnie nie. Bo to typowe. Bardzo typowe. Niestety...

Żyjemy w społeczeństwie, które wciąż promuje model rodziny jako jedyny słuszny sposób życia. Presja, którą wywiera otoczenie działa paraliżująco. A zasada brzmi: Jesteś kobietą, musisz być żoną i  matką. Nie jesteś? A więc jesteś niepełnowartościową babą! Dziwadłem. Nieudacznikiem. Zerem. Niczym...

Po 20-stce nie robi to jeszcze na nas wrażenia. Studia, pierwsza praca. Mamy czas.
Gorzej z 30. Bo trzydziestka to już jednak tykanie zegara. I trzeszczenie rodziny w stylu:
- Zobacz, "X" już dawno wyszła za mąż, a Ty nie.
- "Y" zaraz urodzi drugie dziecko, a Ty? Kiedy zostaniemy dziadkami?
- Nikt Cię nie chciał? Widocznie słabo się starałaś. A zobacz - "Z" taka pokraka, a męża ma!
- Co to za bzdurna nazwa "singielka"? Dzieci masz rodzić! W głowie Ci się przewróciło!
Po 40-stce to już wszyscy dawno machnęli ręką, przypięli łatkę starej panny, takiej co to z niej już nic nie będzie i dali sobie spokój z moralizowaniem. Bo nie warto. Jest stracona.

Znasz to?
Pogrążasz się w poczuciu winy i rozpaczy? Bo może faktycznie, coś jest nie tak? Jesteś ładna, miła, inteligentna. Skończyłaś studia (dwa kierunki), kursy, znasz języki. Masz ciekawą, dobrze płatną pracę, pasje, które realizujesz. Masz się czym podzielić, o czym porozmawiać, co komuś z siebie dać.
A mimo tego nadal jesteś sama. Ok, są mężczyźni, kręcą się koło Ciebie. Przerobiłaś już kilka dziwnych układów, kilka związków bez zobowiązań... Ale jakoś nie iskrzy. Wciąż czekasz na motyle w brzuchu, na drżenie ziemi, fajerwerki. Błąd?

Nie wiem. Moim zdaniem nie. Nie uważam by wiązanie się z kimkolwiek tylko dla statusu "mężatka" ma jakikolwiek sens. No chyba, że planujesz na chwilę wydać się za mąż, może mieć dziecko, a zaraz potem się rozwieść. Status rozwódki jest jednak znacznie lepiej widziany w tym kraju, niż panny po 30-stce. Bo rozwódkę ktoś chciał, ale pewnie to był drań i biedaczce zmarnował życie. A panna? Nikt nie chciał ruszyć. Wybrakowana! Więc jeśli łatwiej Ci będzie żyć z wpisem "rozwiedziona" w papiery - proszę bardzo. Nie krytykuję, nie oceniam. Rozumiem.

Można pobawić się w małżeństwo z rozsądku. Znam wiele takich par. Jeśli dokładnie to przemyślałaś, jeśli wiesz (bądź tego pewna!), że potrafisz dzielić wszystko (siebie!) z kimś, kogo lubisz (a nie kochasz!) - możesz spróbować. Niektórym się to udaje i są zadowoleni (bo szczęśliwi, to chyba zbyt duże słowo?). Ale tak jak pisałam - to musi być przemyślana decyzja, poparta znajomością samej siebie. Gruntowną znajomością!

Możesz też poczekać na swojego księcia.
Czemu go dotąd nie spotkałaś? Nie wiem. Może ktoś Ci powie, że masz zbyt duże wymagania? Może. Może, że widzisz miłość w różowych okularach, a życie to życie? Może. Jednak jeśli wiesz czego chcesz, masz świadomość, że nie masz wymagań z księżyca i czujesz, że wytrzymasz presję i poczekasz - nie daj się zaszczuć. Bo może być tak, że wydasz się za mąż za pierwszego lepszego z brzegu, a pół roku później wpadniesz na ulicy na swojego księcia. I co wtedy? Lepiej nawet nie myśleć... Poczekaj na kogoś, kogo pokochasz. I komu też, będzie na Tobie zależeć. Najbardziej na świecie :)

To trudny temat.  Wiele zależy od otoczenia. Od tego w jakim żyjesz środowisku, czy to wielkie miasto, czy mała miejscowość. Jaką masz rodzinę i przyjaciół. Czy masz ich wsparcie. To bardzo wiele. Ale tak naprawdę wszystko jest w Tobie. W tym, ile możesz psychicznie znieść. W tym, na ile nie poddasz się presji i na ile będziesz w stanie czekać i walczyć o siebie. Na przekór wszystkim. Może całemu światu?
Twoja wartość to Ty. Nie status mężatki. Nigdy tak nie myśl. Nigdy! Nie bądź kukiełką w rękach innych. Myśl i decyduj sama!

Czy warto wierzyć w marzenia? Czekać na ich spełnienie? Cz to tylko mrzonki? Życie pokaże.
Ja wierzę, że tak.
Ala Sin