
Kiedy rozmawiamy o powodach rozstania, padają odpowiedzi: "coś się zmieniło", "coś się wypaliło","już nie jest tak jak dawniej", "coś umarło, zgasło...". Żadnych większych sporów czy spektakularnych romansów. "Po prostu" – mówią partnerzy.
Rozstajemy się coraz częściej. Obserwują to psychologowie i psychoterapeuci, oddają to statystyki. W Polsce w 1996 roku rozwodem kończyło się 16 proc. małżeństw. Dziś to już 31 proc. i ta tendencja wciąż rośnie. W Europie zachodniej czy USA rozwodzi się co druga para. To dobrze czy to źle?
Część z nas ma z pewnością zdanie, że powyższy trend jest niepokojący (pojawiające się argumenty: cierpienie dzieci, upadek wartości). Inni z kolei tendencję do łatwiejszych rozstań uznają za plus (możliwość wyjścia ze związków szkodliwych czy niesatysfakcjonujących, brak sztywnych i jednoznacznych zasad postępowania).
Ale gdyby zostawić oceny na boku, a przyjrzeć się jedynie podłożu tego zjawiska? Co dostaniemy?