środa, 26 listopada 2014

Ludzie listy piszą...

Kochane dziewczyny!

Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym otrzymała od którejś z Was list, w którym piszecie jak to się Wam układa, jaki macie świetny związek, jak to Wasza relacja kwitnie i zmierza ku wiecznej szczęśliwości.
Bo i po co miałybyście do mnie pisać, skoro sobie same świetnie radzicie? :)

Wasze listy są różne.
Wiele z nich, to próba poskładania siebie i świata po rozpadzie związku, burzliwym rozstaniu, nieudanym małżeństwie.
Niektóre piszą o fatalnym zauroczeniu bez szans na happy end lub o romansie, który albo zaszkodził ich związkowi, albo ten układ rozbił. Nie mówiąc o psychice autorki takiego listu...

Bywa, że czujecie się zbyt nieśmiałe, zakompleksione, niepewne i pytacie jak zostać zołzą, jak być świadomą, pewną siebie kobietą :)

Odpowiadam. Zawsze odpowiadam.
Wybaczcie, że często nie od razu, ale jest Was tyle, a ja mam i czas i możliwości ograniczone. Ale staram się :)
Czasem wystarczy kilka maili, czasem jest ich kilkadziesiąt. Nie ma tu żadnych reguł.

Do czego zmierzam?

Chciałam Wam powiedzieć, że jesteście fantastyczne!
Że tak naprawdę często to nie ze mną chcecie pogadać, ale same ze sobą. Bo co ja mogę Wam powiedzieć na temat faceta, którego Wy znacie 10 lat, a ja go na oczy nie widziałam? Niby nic :) Jedynie wolne wnioski osoby patrzącej z boku na całą sytuację.
To Wy, krok po kroku analizujecie, wyciągacie wnioski, badacie, sprawdzacie, wystawiacie się na próbę, ryzykujecie i... najczęściej wygrywacie! :)
Bo nawet jeśli nie uda Wam się poskładać czy odzyskać tego co było, to idziecie do przodu! Nie oglądając się za siebie, inne, mądrzejsze, silniejsze, lepsze. Warte kochania i świadome tej wartości. 

Podziwiam Was za szczerość, za odwagę w stosowaniu moich (ok, czasem trudnych) porad, za determinację, chęć zmiany, wolę walki, wrażliwość i cierpliwość (ja też się mogę pomylić ;))

Bywa, że milczę. Bo cóż mogę powiedzieć kobiecie, która przez kilka miesięcy pisze jak to ją facet źle traktuje, a kiedy jej cokolwiek radzę, ona to zbywa: „Oj, on taki jest”?
Brak chęci zmienienia czegokolwiek zamyka wszelkie możliwości. Samym gadaniem nic się nie załatwi. Tu potrzeba ruchu. Nie każda ma odwagę zrobić pierwszy krok.
Ale większość ma :)

Jestem dumna z każdej z Was, każdej która w mailu pisze mi po jakimś czasie: "Teraz jestem inna, wiem czego chcę. Dam radę, zrobiłam to i to, odważyłam się, zyskałam, jestem dumna, że... "...
Wiem, że coś drgnęło, że życie ruszyło, że dziewczyna idzie, nie stoi w miejscu, nie patrzy przez ramię wstecz.

Cieszy mnie każde: „Udało się, jesteśmy razem, poskładaliśmy to, hurra!...”.
Mam w tym swój malutki udział i swoją małą satysfakcję :)

Doceniam każde szczere: "Sorry Ala, ale nie umiem tak. Muszę inaczej, po swojemu..."
A za jakiś czas odzywa się dziewczyna, która już wie jak to jest „po jej” i już widzi drogę, którą chce pójść. Nawet małymi kroczkami, ale do przodu!

I choć brakuje mi czasem jednej czy drugiej z Was (bo maile też potrafią zżyć), to wiem, że po okresie wytężonej korespondencji nastaje cisza.
Cisza, poprzedzona coraz krótszymi i rzadszymi listami, w których kluczowe słowa to „dobrze, ok, daję radę, udało mi się...”.
To dobra cisza. Niech trwa :)

Pozdrawiam. Wszystkie Panie, z którymi pisałam. I wszystkie te, które jeszcze do mnie napiszą.
Mam nadzieję, że pomogłam. A przynajmniej, że nie zaszkodziłam ;)

Ściskam Was mocno,
Ala