środa, 15 stycznia 2014

Pantoflarz, oferma czy wielbiciel świętego spokoju?

Czasem nie rozumiem kobiet. Znaczy.... Niby pojmuję mechanizm, ale nie do końca wiem, dlaczego go nakręcają i ciągną sprawę, którą można przerwać, w nieskończoność...? Wygoda?
Co mam na myśli? Otóż posłużę się przykładem:
Mam koleżankę w pracy. W tej samej firmie pracuje również jej mąż. Człowiek z natury spokojny, ale jak dla mnie... dziwny (lekko powiedziane!). Dzień w dzień odwiedza ją w naszym pokoju i zaczyna się standardowa sytuacja:

On pyta co jest do jedzenia na drugie śniadanie. Ona coś tam bąka i wyjmuje kanapki (najpierw sprawdza, która jest dla niej, bo dla niej ciemne pieczywo). Wręcza mu, a on zasiada i zaczyna konsumpcję. Ciamka, pluje (bo mówi podczas jedzenia). Ona tak samo, więc nie razi jej jego niechlujny sposób jedzenia.
(Fuj! :/)
Czasem go ochrzani, że kanapka nie taka (tu dodam, że facet wyćwiczony - to on sprząta w domu i to on gotuje - z robieniem kanapek włącznie!). Ale generalnie zgodnie sobie siedzą i rozmawiają o rzeczach mało istotnych (pogoda) bądź tylko dla nich zajmujących (co nowego u Cichopek itp.).
Czasem wynika z tego awantura, częściej jej zniesmaczenie i zjadliwy komentarz w stylu: "Debil jesteś i tyle".
Po czym facet wychodzi do swojego pokoju i nastaje cisza.
Ale... do czasu.

Koleżanka pali, co jest u nas zabronione. Wychodzi więc do piwnicy by zadymić w ukryciu, ze świadomością zagrożenia i obecności szczura ;)
W tym czasie jej mąż...
Ano właśnie jej mąż wyczekuje tego momentu, by zakraść się do jej biurka i wyjąć - i tu zależy od dnia: kawę, papierosy (też pali), mandarynkę, kilka złotych z portfela, itp. i zwiać. Serio :D
Tu zaznaczę, że on oddaje jej na konto całe pobory, a ona wydziela mu "kieszonkowe", które jak widać mu nie starcza, skoro jak nastolatek podkrada drobniaki.
Bez komentarza.

Ale kiedy ona go zastaje...
Zaczyna się. Lecą takie wyzwiska jak palant, głupek, ćwok czy imbecyl. On się uśmiecha i ma to chyba głęboko. Nam - koleżankom - więdną uszy.
Nawet kiedy wpada w odwiedziny ich córka, matka wciąż nazywa ojca durniem i niedojdą (choć on zasuwa na dwóch etatach i to raczej z jego dochodów czerpią "radość życia").
Młoda też się z niego śmieje i ćwiczy się już w odpowiednim podejściu do mężczyzn... A czym skorupka za młodu...

(Jeśli się komuś wydaje że to zmyśliłam... Nie zmyśliłam. Mam to na co dzień. Choć gdybym nie widziała na własne oczy, może też bym nie wierzyła...?)

Ja rozumiem, że mąż to pajac i że nas wkurza, że nam na nerwy działa, że nie jest taki jak chcemy, nie spełnia oczekiwań i pokładanych w nim nadziei. Ja rozumiem nerwy i chęć wygarnięcia. Wygarnij, a jakże. Tylko na Boga w cztery oczy. Czemu ktoś z boku ma tego słuchać?

I nie to mnie w takich kobietach boli, że otoczenie słucha. Pal sześć.
Ale... Jaką opinię wystawia sobie laska, która męża zwie debilem? Opinię głupiej, która sama takiego debila wybrała? W jakiś sposób nasz facet świadczy o nas.
Jeśli jest tak denny - zmień go. Jeśli faceci Cię drażnią - bądź singielką. Ale jeśli chcesz mieć normalny związek - mów, ale nie obrażaj.
Chyba że to tylko pozorny układ...
Wtedy tym bardziej twórz pozory - niech inni myślą, że wyszłaś za mąż rozsądnie, za mądrego, dobrego człowieka, a nie cymbała. Po co robić z siebie taką, co to kulą w płot trafiła?

(To że facet się na takie traktowanie godzi - tego nie rozumiem. Może faktycznie - baran?)

Z "debilem" dnia bym nie była. Bo życia szkoda. I na słuchanie co ów głupi mówi, i na mówienie mu, że głupi jest. Ale...
Każdy sobie rzepkę skrobie. Oby z głową!
Pozdrawiam.