poniedziałek, 22 września 2014

Kiedy wkrada się rutyna, czyli: To już nie to co było...

Na początku wszystko jest świeże, nowe i atrakcyjne.
Ona zawsze starannie uczesana, w najnowszych trendów sukience, sandałkach i z nieschodzącym z malinowych usteczek uśmiechem. On z poczuciem humoru, pachnący, wyprasowany, dżentelmen w każdym calu. Ona zawsze zadowolona, on nadskakujący. Ona miła, ciepła i niekonfliktowa, on zabawny, męski, z szerokim gestem...

I tak to trwa, czasem pół roku, czasem rok, czasem nawet dwa...
Aż któregoś dnia budzimy się nagle, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, i własnym oczom nie dowierzamy: Sen się skończył!
Tak nagle?
Nie nagle, proces przecież trwał, tle że my, w różowych okularach, mieliśmy zawężone pole widzenia. A teraz klapki opadły i mamy na tacy żywą prawdę.
I nie wiedzieć czemu, tej prawdy zaakceptować nie chcemy...


Znacie choć jedną osobę, która ocknęła się ze słodkiego snu i ucieszyła z tego co zastała?
Nie znacie? No właśnie :)

Człowiek lubi marzenia i swój wewnętrzny świat. Choćby nie wiem jak bardzo odbiegał on od rzeczywistości, wierzymy że istnieje, że jest realny. I trzymamy się tego kurczowo. Jak długo się da...

A jak to jest z tym nagłym ocuceniem w związku?
Ano tak, że w którymś momencie hormony szczęścia i pobudzenia wyciszają się i zaczynamy wracać z bajki do rzeczywistości...
Ona na swoje humory i jakby przytyła. On goli się tylko kiedy musi i zamiast iść z nią na spacer woli mecz z kumplami.

Jeszcze gorzej ma się sytuacja, kiedy zamieszkamy razem. Teraz wszystko widać jak na dłoni: Drażni go, że ona godzinami rozmawia przez telefon. A to z koleżanką, a to z mamusią. Zapytana najczęściej zrzędzi lub strzela focha. Gotuje jako tako, najlepiej pierogi z pobliskiej gastronomii. Rozrasta się w niej wszystko wprost proporcjonalnie: i odrost na włosach większy, i obwód w pasie, i majtki xxl... Trudno oko zawiesić, więc zawiesza na telewizyjnym ekranie.
On tak niegdyś spontaniczny, wsiąkł w fotel i ani drgnie. Porozciągany dres, walające się skarpetki, puste puszki po piwie, niezamknięta klapa od sedesu... O komplementach, wyjściach do kina, czy miłym wieczorze we dwoje możesz zapomnieć. Mina cierpiętnika murowana, decybel podniesiony, wieczne pretensje. I nuda, nuuuuuda.....

Co zrobić? 
Opcje są jak zawsze. Widzę co najmniej trzy :)

1. Odejść 
Poszukać kogoś nowego, lepszego, milszego, takiego który zauważy, przytuli, pochwali. Przecież gdzieś taki jest... Może tylko na rok, dwa, ale jednak. A jak się potem zmieni, to się i jego wymieni. Na lepszy model ;)

2. Zostać i machnąć ręką 
Niech siedzi jak siedział. Zajmij się sobą. Pójdź na pływalnię, na aerobik, wyjdź z dziewczynami do klubu albo pojedźcie z koleżanką na weekend do spa. Zabawisz się.
A on? Albo zmądrzeje i zacznie myśleć, jak poprawić zaistniałą sytuację, zanim mu zwiejesz, albo... Albo na dyskotece poznasz kogoś nowego ;) Tak czy siak problem z głowy :)

3. Zawalczyć! 
Czyli usiąść we dwoje, porozmawiać. Powiedzieć szczerze co kogo boli, co komu nie pasuje, co drażni. Ustalić co jesteśmy w stanie zmienić, z czego zrezygnować, co poprawić, a na co w żadnym razie nie pójdziemy. Jeśli nasze priorytety są zgodnie – szanse są wielkie. Nawet jeśli nie zmienimy 100% to już poprawa 45% daje dużą nadzieję na zmianę. Z czasem można pójść dalej i dalej... Ważne, żeby te zmiany były trwałe.
I podstawa: Obie strony się starają! Nie tylko dziś, czy jutro, ale ZAWSZE!

I ostatnia rada:
Jeśli nie jesteś pewna, czy chcesz walczyć, czy wolisz poszukać nowej „opcji”, pomyśl:
Co Ci się w nim podobało, kiedy go poznałaś? Co było dla Ciebie ważne, a on to miał? Już wiesz? Ok. To teraz pomyśl:
1. Czy te cechy/sytuacje/zachowania nadal są dla Ciebie ważne?
2. Czy on nadal ma te cechy/zachowania, które tak Ci się kiedyś podobały?
Jeśli na oba punkty odpowiedziałaś „tak” - walcz. Bo jest o co!
Jeśli natomiast to Ty się zmieniłaś, albo on jest już kimś zupełnie innym – zastanów się. Być może nie ma już fundamentu, an którym można by cokolwiek budować...

Wszystko po jakimś czasie nam się nudzi. I człowiek, i podróż, i praca, i imprezowanie. To naturalna kolej rzeczy i nie ma co robić z tego tragedii. Takie życie...
No, chyba że to jakaś nasza pasja, która staje się miłością naszego życia. Wtedy nie sposób się oderwać, zapomnieć, znudzić :)

A gdyby tak... A gdyby tak, ten drugi człowiek, obok nas, stał się od teraz nasza pasją? Czymś co pragniemy zgłębiać, odkrywać, pielęgnować. Kimś, komu chcemy wychodzić wciąż naprzeciw. I walczyć o to, szanować, budować, dbać.
Czy miłość nie jest warta tego, by stać się naszą największą pasją, podróżą, sensem, zagadką...?

Przemyślcie to. Najlepiej we dwoje :)

Pozdrawiam, Ala